Przeglądając orzecznictwo NSA, natknąłem się na ciekawy przypadek, który pokazuje jak ważne jest umiejętnie posługiwanie się instytucjami prawa budowlanego żeby nie narobić sobie krzywdy, i że ewidentnie nie są to instrumenty, którymi możemy się posługiwać w sporach na tle cywilnym.
Sprawa dotyczyła wadliwego stanu technicznego instalacji gazowej i elektrycznej w lokalu mieszkalnym. Aktualny właściciel nieruchomości, mimo wielokrotnych prób nie był w stanie wymusić na osobie, od której nabył lokal (inwestorze) jej naprawy. Zrezygnowany, postanowił powiadomić Inspektorat Nadzoru Budowlanego o zaistniałej sytuacji, opisując przy tym uchybienia inwestora dokonane na etapie budowy lokalu. Liczył na reakcję nadzoru i wymierzenie sprawiedliwości poprzez nakazanie inwestorowi dokonania naprawy usterek. Inspektorat kontrolę przeprowadził i stwierdził, że stan instalacji zagraża zdrowiu i życiu mieszkańców budynku. Szczęście aktualnego właściciela nieruchomości trwało do momentu doczytania punktu 2 sentencji decyzji, wskazującego że obowiązek doprowadzenia instalacji do stanu zgodnego z normami został nałożony nie na inwestora, a na niego samego.
I jest w tym jak najbardziej logika, bo wybór przez nadzór budowlany adresata, który powinien wykonać obowiązki: inwestor/właściciel/zarządca obiektu budowlanego i ponieść związane z tym koszty uzależniony powinien być przede wszystkim od możliwości realizacji nałożonych obowiązków, a więc wykonalności. W jaki sposób decyzja mogłaby być wykonana gdyby była adresowana do inwestora skoro nie posiada on już prawa do lokalu? No nie ma na to szans, przy całej przychylności i udostępnieniu lokalu przez aktualnego właściciela.
Powyższy przypadek pokazuje bezwzględny charakter prawa budowlanego ale też logikę norm realizujących cele tej gałęzi prawa. Pokazuje też, że dla ochrony własnego interesu dobrze jest dokonać analizy skutków lub skorzystać z profesjonalnego wsparcia w doborze adekwatnych środków ochrony prawnej.